— Jaka to uczciwa kobieta! jak umie być wdzięczną! zauważyło parę osób.
Tymczasem gwar nie ustawał, ale się ciągle wzmagał; kobiety dawały sobie słowo że zerwą stosunki z Wandą, panny wzruszały ramionami, a rumieńce ich i spuszczone oczy zdawały się wołać do ludzi: „patrzcie na nas! my nie takie jak tamta!” Stary kawaler chichotał figlarnie, i wołał:
— Co do mnie, teraz dopiero zacznę bywać u pani Rodowskiej! co mi to szkodzi! opinji przez to nie stracę, nieprawdaż? a może i mnie się uda!
Pomiędzy tem wszystkiem, nagle z rogowej kozetki powstała młoda kobieta w różową ubrana suknię, szybko zbliżyła się do kanapy, stanowiącej centrum salonu i towarzystwa, drobną rączkę energicznym gestem o stół oparła, i patrząc wkoło wielkiemi błękitnemi oczami, w których kręciły się łzy żalu i oburzenia, zaczęła mówić:
— Moi państwo! jak wam nie wstyd szarpać tak czyjąś sławę, tak surowo potępiać kogoś, nie mając dowodów na to że jest winnym! Zapieracie się państwo znajomości z Wandą, i postanawiacie zerwać z nią stosunki; otóż ja głośno i otwarcie oświadczam że ich nie zerwę! Jestem mocno przekonana o niewinności Wandy, i o tem że wszystko co jej zarzucają jest przesadą, jeśli nie zupełnem kłamstwem. Ale gdybym nawet i wierzyła w jej winę, gdybym i wiedziała że serce uniosło ją zbyt daleko, nie opuściłabym jej nigdy. I owszem, im więcej widziałabym ją nieszczęśliwą i opuszczoną, tem gorętszą byłabym jej przyjaciółką... I teraz nie odstąpię jej, będę u niej bywała, będę ją przyjmowała, będę ją kochała jak wprzódy, i jeszcze bardziej...
Umilkła na chwilę Stasia, a tuż przy niej stanął pan Paweł. O dziwy! nie szeptał już jej do ucha zwykłej przestrogi: „cicho Stasiu, narażasz się!” lecz przeciwnie, sam miał na twarzy oburzenie, które ożywiło ją niezwykłą energją.
— Podzielam zupełnie zdanie Stasi, wyrzekł dobitnie; nie stoję o nieskazitelność mego domu tak bardzo jak pan Rokowicz, może dla tego iż wiem że żona moja czyni go w istocie nieskazitelnym; zresztą znam dobrze pannę Wandę, i podzielam zupełnie zdanie Stasi o jej niewinności...
— Podzielasz moje zdanie Polciu, przerwała Stasia zwracając się do męża, bo każdy uczciwy człowiek podzielać je musi. Nieprawdaż panie Gaczycki? nieprawdaż panie Asie? Nieprawdaż panowie, że jesteście także tego zdania, iż nie godzi się sądzić o kimś z pozorów, że nie godzi się mięszać z błotem, i kamienować istotę młodą i piękną, za to tylko że ona jest taką! Odwołuję się w tem do wszystkich dobrych serc, i uczciwych charakterów! Co do mnie, pochlebiam sobie że mam dobre serce i uczciwość, i dla tego nie opuszczę przyjaciołki wtedy, gdy wszyscy ją opuszczają, i żadnemu panu Rokowiczowi nie uwierzę na słowo, że ona błądzi. A gdybym się i przekonała że tak jest w istocie, to przyjazną ręką otarłabym z jej oczu łzy cierpienia, i podałabym jej dłoń mówiąc: powstań! a nie pchnęłabym ją głębiej w przepaść aby ginęła. Przebaczcie państwo że tak otwarcie wypowiadam wam moje myśli; ale już taką stworzył mię Pan Bóg, że nie mogę znieść niczyjej krzywdy, i nie umiem być komuś przyjaciołką na to, aby przy lada powiewie przeciwnego wiatru stać mu się nieprzyjaciołką!
Zegnam państwa!
To mówiąc skłoniła się gospodyni domu i całemu towarzystwu, a przesunąwszy rękę pod ramię pana Pawła, wraz z nim opuściła salon.