Pani Teresa z dziwną, namiętną, gorączkową niemal czułością przyciskała ją do piersi, całując jej czoło, usta i oczy. Twarz jej zmieniła się niezmiernie, oczy płonęły, na ustach zawisł wyraz niezmiernego cierpienia.

Nagle Anielka utkwiła w niej wzrok zamglony, tęskny.

— Jak pani jesteś podobna do mojej mamy! wyrzekła z pieszczotą.

Na te słowa Teresa odskoczyła o parę kroków, jakby nagle zraniona, i odepchnęła od siebie dziecko z taką mocą, że aż zachwiało się, i drobną rączką oparło o drzewo.

— Co ty mówisz, dziewczyno? zawołała; jak ja mogę być podobną do twojej mamy! gdzieżeś ty swoją mamę widziała?

Oczy Anielki napełniły się łzami.

— Sniła mi się mama, odpowiedziała cicho; w takiej samej białej sukni była jak pani, i z twarzą bardzo podobną, tylko włosy miała piękniejsze i rozpuszczone, i nie odpychała mię od siebie, ale ściskała, całowała i pieściła...

Szkarłatny rumieniec złączył się na twarzy Teresy z wyrazem goryczy, boleści i trwogi. Ostatnia zapanowała po krótkiej chwili. Zbliżyła się do Anielki, pochyliła nad nią, i szepnęła cicho a prędko:

— Słuchaj Anielko, ty nigdy nie mów tego co powiedziałaś przed chwilą! Ja do twojej mamy nie mogę być podobną! ja jej nawet nie znałam, i nie widziałam nigdy! Czy słyszysz, dziecko, nigdy! nigdy jej nie widziałam nawet. Nie powtarzaj nikomu tego coś mi powiedziała, bo nie przyjdę tu więcej, i nigdy cię nie pocałuję!

Anielka objęła rączkami fałdy jej sukni, podniosła ku niej wzrok łzami zamglony, i znowu z pieszczotą przytulić się do niej chciała; ale Teresa usunęła ją zwolna od siebie, i szybkim krokiem zmierzyła ku domowi.