Stanęli we framudze okna. Rostowiecki przyciągnął żonę do siebie, i parę razy z miłością pocałował ją w usta.

— Tak dawno nie widziałem cię, moja Olimpko, wymówił; cóż mi masz do powiedzenia, moje drogie życie!

— Jean! czy przywiozłeś mi pieniędzy? Jestem bez grosza!

— Jakto! zawołał Rostowiecki ze zwiększonem zafrasowaniem na twarzy; niemasz już pieniędzy? Toż przy ostatniej tu bytności mojej przywiozłem ci trzysta dukatów!

— Cóż to znaczy, mój drogi? życie w mieście kosztuje, mianowicie jeśli komu trzeba jak mnie utrzymać dom stosownie do stanowiska posiadanego w świecie...

— Oj, to stanowisko! djabelnie kosztowna rzecz! szepnął pan Jan.

— Mój Jasiu! żywo odparła Olimpja; wiesz że nie przywykłam oszczędzać się, i mam potrzeby właściwe kobiecie mojej sfery. Pamiętasz pewno jak było w domu mego ojca, i do jakiego życia przyzwyczaiłeś mię przez kilka pierwszych lat po ślubie... I tak przez wzgląd na ciężkie czasy urządzam się bardzo skromnie, i wydatkuję bardzo mało w stosunku do stanowiska, jakie posiadam w świecie. Ale jeślibyś mi i tego odmawiał...

— Ależ ja ci nie odmawiam, moja najdroższa, pośpiesznie przerwał pan Jan; jabym ci chciał nieba przychylić, brylantami cię osypać, ale sama wiesz, w jakim stanie jest nasz majątek, i jak ciężkie przebywamy teraz czasy... Rządowe opłaty nie czekają, a mam ich po uszy; wierzyciele dokuczają także; na gospodarstwo trzeba pieniędzy...

— Jean, odparła Olimpja, zgodzisz się na to, że i ja bez pieniędzy być nie mogę...

— Naturalnie! wieleż ich potrzebujesz teraz? moje życie!