Ta długa rozmowa na osobności pięknej pani i jej wielbiciela, nie obudziła żadnych komentarzy. Ktokolwiek ją zauważył, przypuszczał co najwięcej że pani Olimpja powierza panu Spirydjonowi jakąś troskę lub zasięga jego rady, jako najlepszego przyjaciela domu. Niepodobna było o nic innego posądzić kobietę, która tak niezmiennie dbała o nieskazitelne przechowanie swego wysokiego w świecie położenia, i posiadała niezmiernie wiele szlachetnej podniosłej dumy.
Zresztą czyliż nie widziano, jak czule witała się z mężem, i była przez niego witaną? i czyliż ten mąż najczulej nie obchodził się z panem Asem, i sam nie zostawił go w domu swej żony, jako zastępcę swego w przyjmowaniu jej gości, i rozciąganiu nad nią męzkiej opieki? Cnota więc pani Olimpji jaśniała jako słońce, mimo długiej rozmowy jej na osobności z panem Asem.
Oprócz gospodyni domu i pani Teresy, znajdowała się w towarzystwie jeszcze jedna markotna osoba; była nią pani Apolonja. Nie mogła ona zapomnieć bajki „o starej czapli,“ i wciąż z ukosa a z niechęcią spoglądała na Stasię, która bawiła się wesoło i swobodnie. Raz siedząc osobno, i patrząc na Stasię, rzekła cicho do siebie.
— Poczekaj ty różowa trzpiotko! podstawię ja ci stołeczka! Uszyję ja ci dobre buciki! Nauczę cię układać bajki o starych czaplach, i mówiąc je, na mnie patrzeć!
To wyszeptawszy brzęknęła krzyżami jak kastanijetami i przeniosła wzrok na pana Spirydjona.
Zresztą towarzystwo bawiło się jak mogło. Panienki i młodzi ludzie tańczyli i rozmawiali; amarantowa, fijoletowa i zielona dama siedziały obok siebie reprezentując sukniami tęczę, a twarzami znudzenie; obok nich stara panna siedziała wyprostowana na fotelu kiwając głową; ale już ani na znak twierdzenia, ani na znak przeczenia, tylko na znak drzemania. Obywatele wiejscy w przyległym salonie grali w preferansa; państwo Rokowiczowie siedzieli obok siebie trzymając się za ręce; rumiany Ignaś wzdychał między piecem i konsolą, gdzie ostatecznie obrał sobie stanowisko; — stary kawaler śmieszył towarzystwo dwuznacznemi żarcikami i koperczakami strojonemi do panien; z tych niektóre mile zerkały na jego wielką łysinę, upatrując na niej zapewne, jakby wyrytą cyfrę większego jeszcze niż ona jego majątku.
Niektórzy zapytywali dokądby się udał pan Gaczycki, i dla czego tak wcześnie opuścił towarzystwo zebrane w salonach p. Olimpji? Nikt jednak nie umiał na to odpowiedzieć.
Dopiero nazajutrz p. Rokowicz opowiadał wszystkim, że Gaczycki wprost z wieczoru p. Olimpji udał się do mieszkania p. Rodowskiej, i jej córki; że znalazł tam p. Przybyckiego, i że do późna słychać było na pierwszem piętrze kamienicy muzykę fortepjanu, a po oświetlonych szybach okien przesuwały się cienie czterech postaci, tojest: p. Rodowskiej, córki jej, panów Augusta i Edwarda. Z ruchu cieniów wnieść także można było, że osoby do których cienie te należały bawiły się wybornie i były z siebie zupełnie zadowolone.
Jakim sposobem p. Rokowicz posiadł te wszystkie szczegóły o oknach mieszkania p. Rodowskiej, kiedy do końca późno zakończonego wieczoru przetrwał u p. Olimpji? Niewiadomo. Może dla lepszego dozoru obyczajów publicznych posiadał ajentów, zdających mu raporty z dziennych i nocnych spostrzeżeń? Byłoby to nawet naturalnem; bo nie miałże do strzeżenia nieskazitelności swego domu, na którego dachu jak mu się zdawało, siedziała cała społeczność ojczysta? i nie byłże mężem dźwigającym na swych barkach ciężar moralności publicznej?