— Mnóstwo.

— Nie wierz jej, Zdzisiu — zawołała Idalka — sąsiadów tam prawie nie ma, okolica jest pustą...

Osłupiałem.

— Więc zkądże mnóstwo dzieci i dla kogo te elementarze?

Panna Zdrojowska, która tylko co przyniesioną piramidę książek na stole złożyła, stanęła z opuszczonemi na suknię rękoma, popatrzyła na mnie, na Idalkę i zaśmiała się.

— Czy nie będziesz łaskawa wytłómaczyć nam z czego się śmiejesz? — zapytała Idalka.

Idąc po nowy transport, odpowiedziała:

— Przyszła mi na myśl anegdota, którą dziadunio czasem opowiada. Był sobie we Francji pewien taki pan, który utrzymywał, że człowiek zaczyna się od wicehrabiego, a kiedy go raz zapytano: „a baron?” pomyślał, pomyślał i odpowiedział: „baron jest wice-człowiekiem”.

Idalka wzruszyła tylko ramionami, bo nie zrozumiała sensu przypowieści, ale ja pojąłem go odrazu. Ach, tak, naturalnie! Ja i Idalka zapomnieliśmy na śmierć — o chłopach.

Kiedy na chwilę zostaliśmy sami, pocichu Idalkę zapytałem: