— Dobranoc, Elżbietko! Dobranoc, Pietrusiu!

Tamte odkrzykiwały wzajemnie:

— Dobranoc, panienkom! Dobranoc!

A bór powtarzał wtórem przewlekłym:

— Noc! nooc! noooc!

I dalej toczył za rzeką gamę cichego, basowego szumu.

Noc też uczyniła się na świecie. Niebo już caluteńkie iskrzyło się od gwiazd, trawy były mokre; ognisko, niepodsycane, szczuplało, zniżało się, bladło; sznur dymu, coraz krótszy, zwinął się w mały kłąbek, i tylko szmatami oderwanemi pierzchał nad wodą, z której złoty most tańczący zniknął. Pan Witold, malcy, stangreci, ekonom gasili do reszty ogień, aby nie pozostała po nim iskra najdrobniejsza, a potem, w zmroku gęstym, w jedynem świetle gwiazd wysoko świecących, nad rzeką ciemno-stalową, w której fali mrugały odbicia gwiazd, po długim pasie łąki wszyscy szli parami i w milczeniu. Ale milczenie trwało krótko. Panna Janina wsunęła rękę pod ramię ojca i szła z nim w pierwszej parze; on zaś niebawem rzekł z cicha:

— Zaśpiewaj, Janko!

Więc jak ptak, dla którego śpiew jest racyą życia, wnet śpiewać zaczęła:

«Po nocnej rosie, płyń dźwięczny głosie,