— Skowronek! słoneczko! Gdyby była skowronkiem, dla kogoby śpiewała, gdyby była słoneczkiem, dla kogoby świeciła? Dla kogo?
Wtem wyciągnął szyję i oczyma ogromnie zaniepokojonemi wpatrzył się w zmrok. Pas łąki prowadził wprost ku jarowi, a jar był już tak blizko, że z dna jego uszu idących dolatywał klekocący szmer strumienia. Za jarem, nad samem jego urwiskiem, chaty wiejskie rozwijały się na tle zmroku, jak łańcuch czarnych pagórków. Bronek, z wyciągniętą szyją, szeroko otwierał oczy. Coś tam, nad jednym z pagórków błysnęło, potem schowało się, lecz szczyt pagórka okrył się jak mgłą dymem, prześwieconym przez blask czerwony.
— Co to za dym? — zawołał starszy pan głosem, na którego dnie zadrżała trwoga.
— Pali się! wieś pali się! — wrzasnął Bronek, z całej siły puścił się naprzód i nim ktokolwiek słowo wymówić zdołał, wyminął towarzystwo i zniknął w jarze.
Przebiegając obok panny Janiny, nie spojrzał na nią. Zapomniał o niej, o sobie, o... „facecie”. Jak na skrzydłach leciał — na ratunek...
*
O, roślino, wiążąca się z życiem człowieka, od jego poranku, którym jest pierwszy krzyk dziecka, owijanego w lniane pieluszki, aż do nocy, wśród której grozę trupa okrywa całun lniany, jakże wesołą i prześliczną jest twoja zieloność świeża i jasna, kiedy w majowej pogodzie okrywasz zagony gęstwiną ździebeł delikatnych, ucentkowanych milionem błękitnych oczu, patrzących w majowe słońce! Stoją wówczas nad tobą powodzie świateł złotych i spadają deszczyki perliste, z za których widać tęcze; w nizkich gęstwinach twych grają wówczas przed zmrokiem orkiestry skowronków, a o zmroku motyle, zmęczone tańcem napowietrznym, opadają na źdźbła twoje i, u wiotkich wierzchołków kołysząc się, zwijają do snu skrzydła!
Lecz „na świecie krótkie maje!” Wkrótce, o, lnie! słońce lipcowe doskwierać ci zaczyna i stopniowo, lecz nieubłaganie, jasną zieloność twą przemienia w bronz coraz ciemniejszy, coraz więcej podobny do roli, z której powstałeś. Już błękitne oczy twe znużone zamknęły się, zniknęły, a u szczytu twych ździebeł na ich miejscu wystrzeliły główki pełne ślizkich i lśniących jak metal ziaren; już w gęstwinie twej nie śpiewają skowronki, ani nad tobą igrają skrzydła motyle... Przerzedzony, pociemniały, zesztywniały, stoisz na zagonach, już, zda się, umarły!
Wcale nie! Odżyjesz jeszcze po wielekroć. Jeszcze w ciche południe wrześniowe, gdy drzewa obleką się czerwienią i całą gamą barw bronzowych, a po polach, od miedzy do miedzy, od badyla do badyla, rozsnuje się mleczne i w słońcu srebrzące się babie lato, napełnisz powietrze miarowymi, suchymi stukami terlic, które w każdej wsi, w każdej chacie wiejskiej dobywać będą z twardych powłok włókna twe, tak płowe i blado połyskujące, jak w jesieni poświata słoneczna.
Jeszcze w wieczory zimowe, w świetle ogniska, co-to, przez małe okno świecąc nad śniegiem, zdaje się przedrzeźniać gwiazdy, któremi luty, miesiąc mrozów, niebo roziskrzył, w postaci płowych kądzieli osiądziesz na prząśnicach i, gdy po świecie wichry huczą, śnieżna zamieć wiruje, płozy sań skrzypią na drogach po zamarzłym śniegu, w cieple izby pełnej ludzi, z prząśnicy na furkające wrzeciona, nicią świecącą wić się będziesz, wić się, wić, razem ze snującą się, snującą i snującą przewlekłymi tonami pieśnią, przewlekłych jak zmroki zimowe wieczernic.