Istotnie, z ognistego morza wystrzeliwają rozpłomienione głownie i w pobliżu wołającego na strzechę padają, a jednocześnie z dołu wytryskuje ogromny strumień wody i rzęsistą ulewą okrywać poczyna strzechę, siedzącego na niej pana Witolda i głownie, które, jak gniazdo wężów, syczą i z sykiem gasną.

Młodziutka żona pana Witolda, obu dłońmi zakrywając twarz, do pobladłej róży polnej teraz podobną, szepce:

— Boże! Boże! jak ja się boję! jak ja się boję!

A o parę kroków od niej stojący pan Władysław tonem zupełnie krytycznym mówić zaczyna:

— Bo też to jest ze strony tych panów narażanie się zupełnie zbyteczne... zbyteczne! Należało posłać narzędzia ratunkowe, służbę, ale pocóż koniecznie udział osobisty?... To niebezpieczne, a w najlepszym razie niezdrowe!...

Panna Janina znowu ku mówiącemu twarzo bróciła i wnet, z wyrazem zdziwienia najgłębszego, zawołała:

— Ach, to pan! A mnie się zdawało, że to pan Teofil mówi! Byłam nawet pewna... głos pana wydał mi się zupełnie podobnym do głosu pana Teofila!

— E! pan Teofil już oddawna musi być zakopany w kołdrach! — zgryźliwie zauważyła panna Jadzia.

A panna Janina, powoli wznosząc ramiona, z doskonałą obojętnością wyrzekła:

— To wszystko jedno!