— Chleba daj! słyszysz? Czego tam stoisz z opuszczonemi rękoma, jak pani jaka!
A gdy oddała mu żądaną usługę, krzyknął znowu:
— Dzieciom daj jeść! Nie żebraki one, żeby, przez czort wié jaką matkę, do północy głodne być musiały.
Była to już obelga i najboleśniejsza, bo macierzyńskiemu sercu jéj zadana, a ona i na to nie odpowiedziała nic. Jedzenie babce i dzieciom rozdała, naczynia od wieczerzy wymyła i na półce poustawiała, stół starła, smolniak i lampę zgasiła i, na tapczaniku usiadłszy, nad kołyską schylona, Adamka, który obudził się, piersią swą nakarmiła. Ogień w piecu palił się jeszcze trochę i w izbie panowało ruchome pół światło. Aksena na swym sienniku nieruchomo u wierzchołka pieca leżała. Spała, czy nie spała, ale milcząca i nieruchoma leżała. Dzieci natychmiast po wieczerzy usnęły. Michałek spać nie szedł. Przy wieczerzy jadł dużo, potém, na stole rozparty, papierosy jeden po drugim palił, parę razy nawet zagwizdał coś sobie pod wąsem. Na pozór więc, nie dolegało mu nic. Jednak do snu zabierać się ani myślał. Papierosy wciąż palił i z czołem na dłoni opartém dumał. Pietrusia kołyskę poruszać i niemowlęciu do snu nucić zaczęła. Nie śpiewała, ale nuciła półgłosem, na nutę monotonną, przewlekłą, która, w głębokiéj ciszy i chwiejném półświetle, płynęła i kołysała się jak smutna, nieśmiała fala. Niemowlę usnęło, kobieta wstała z tapczana i bosemi nogami, cicho do męża podeszła. Cicho téż przemówiła.
— Michałek!
— Ha? — głowę z nad dłoni podnosząc i na nią patrząc, zapytał.
— Ja chcę jutro o świtaniu do miasteczka iść...
— Czego?
— Do kościoła na odpust. Frankę poproszę, aby chaty i dzieci popilnowała.
Patrzał na nią ciągle, ale wyrazu oczu jego w zmroku widziéć nie mogła.