— Po jedném miejscu wodzi... — zauważył Klemens.

— Ale, po jedném miejscu. Czort, nie inaczéj... złaź z sań...

Wysiadł z sań i syna wołał:

Budziem drogi szukać...

Wysiedli obaj, a nadjeżdżające sanie Stepana z temi, które się zatrzymały, zetknęły się tak blizko, że płozami zaczepiły się o ich płozy.

Chadziom drogi szukać... — krzyknął Piotr na Stepana i Szymona.

Wszyscy czteréj brnąc w śniegu postąpili kroków kilka, wtém Klemens zawołał:

Baczysz, tatku, baczysz? (widzisz?).

Rękę wyciągał do szarzejącego, ruchomego cienia, który teraz właśnie wychylił się z za lasu Pryhorek i dość zblizka, powoli, przesuwał się w śnieżnéj mgle.

— W imię Ojca i Syna... — przeżegnał się Piotr — zgiń, przepadnij nieczysta siło...