— Żeby ty od tego czasu nie ważyła się doradzać...
— Nie będę — odparła młoda kobieta.
— Nikomu, pamiętaj. Żeby tam nie wiem jak ciebie prosili. Czujesz?
— Nie będę, babulo...
— Cicheńka taka bądź, jak ta rybka na dnie wody, żeby ludzie i zapomnieli o tobie.
— Dobrze, babulo.
Drzwi izby otworzyły się i wszedł kowal, na którego gdy tylko Pietrusia spojrzała, zaraz krzyknęła.
— Oj Bożeż mój! a tobie co takiego przytrapiło się, Michałku?
Musiało mu istotnie przytrafić się coś złego. Twarz miał rozognioną, jedno oko zapuchłe i kilka sińców na policzkach i czole. Czapkę z rozczochranych włosów zdjął i na stół ją rzuciwszy, dzieci, które obudziły się i do niego przybiegły, z gniewem od siebie odpędził. Potém, na ławie siadł i do żony zwracając się, ochrypłym trochę głosem mówić zaczął:
— Przytrapiło się mnie to, czego jeszcze nigdy w życiu ze mną nie bywało. Sołdatem byłem i sześć lat włóczyłem się po świecie, a nigdy nie biłem się z nikim; tutaj już siedm lat żyję i panuję, a ludzie szanowali mnie zawsze, bo sam siebie szanowałem. A ot, dziś, pobiłem się przed karczmą z chłopami. Z twojéj przyczyny, Pietrusia, hawantura ta mnie spotkała. Pfe, wstyd tylko, zgryzota, taj hodzi!