— Słyszał to, słyszał, że tak na świecie bywa, ale widziéć, nie widział...

— No to teraz zobaczył... W imię Ojca i Syna i Ducha świetego...

— Amen, — jednogłośnie dokończyli obaj, a Szymon raz jeszcze wydał z gardła przeciągły dźwięk zadziwienia. Potém, szedł już przed siebie pewniejszym, równiejszym krokiem, jakby mu dym wódki, którą w miasteczku wypił, z głowy uleciał. Głęboko nad czémś rozmyślał, potém ozwał się:

— Jakób!

— Ha?

— Wiész ty co? Już-bym ja i czortouskiemi hroszami nie pogardził, żeby tylko z biédy wyleźć. Żeby gospodarstwa nie opisywali i nie sprzedawali...

— Jak wiedajesz... jak znajesz... — obojętnie odparł Jakób.

— Może-by kowalicha i pożyczyła... — wahającym się głosem zaczął znowu Szymon.

— Jak wiedajesz... jak znajesz... ale kiepsko będzie...

— Czemu kiepsko?...