— Baczył? Szymon, baczył? (widziałeś?).
Szymon stanął także i nic wymówić nie mogąc, usta tylko szeroko roztworzył. Zjawiskiem, które obu chłopów tak bardzo uderzyło, była spadająca gwiazda. Oderwała się ona niby od ciemnego sklepienia i, złoty wężyk zakreśliwszy w powietrzu, nad samą chatą kowala zniknęła. Na tle przejrzystéj nocy, błysk ten strzelił chwilową lecz świetną światłością. Jakób powtórzył pytanie.
— Baczył ty?
— Czemu nie baczył? baczył, — zaszeptał Szymon; — o nich my mówili, i na ichże chatę gwiazda spadła...
Jakób głową wstrząsnął i głośny, szyderski śmiech wychodził z wązkiéj, staréj jego piersi.
— Oj, dureń ty, dureń! — mówił, — to ty myślisz, że to gwiazda spadła...
— Ale!
— A to, ot, czort był, co przez komin wiedźmie hrosze niósł!
— Nie może być? — krzyknął prawie Szymon i, rękę do czoła niosąc, żegnać się zaczął.
— A czy ty tego nigdy nie słyszał?