— Zjé! zjé! dalibóg zjé! Mamo! mamo! oj! oj! oj! zjé!

Co tu robić? Choć wozy już przejechały, porzucić to maleństwo śród drogi i w takim stanie wydawało się niepodobieństwem. Zanieść je do wsi także było trudném: większe siły miéć-by musiał ten, kto-by je teraz utrzymać mógł na ręku.

Wtém, z zielonéj gęstwiny najbliższego ogrodu, z pomiędzy wysokich konopi, lebiody i żółto kwitnącego piżma wychyliła się i przez zagony nizkich warzyw przeskakując, szybko ku nam biegła kobieta młoda, wysoka, gruba i rumiana. Widać bieliznę w chacie prała, bo wielkie, czerwone jéj ręce były mokre. Z żółtą chustką na czarnych włosach wykrzywioną, w krótkiéj spódnicy i pasiastym fartuchu do nas przypadła i w mgnieniu oka malca pochwyciwszy, przycisnęła go do szerokiéj i wydatnéj swéj piersi, na któréj, w fałdach koszuli, wiła się czerwona tasiemka, z bronzowym u końca krzyżykiem. Rozognioną i spoconą twarzą swą do głowy dziecka przykładając i mokrą ręką ocierając z łez jego policzki, gniewnym głosem mówiła:

Chwaroba ty! kab ciebie uduszyło! Czego ty wrzeszczysz, aż w chacie słychać? Oj, przelękłam się, że aż mnie trząść zaczęło!

W objęciu matczyném uspokoił się natychmiast, krzyczeć przestał i tylko jeszcze ciche chlipanie długo mu w piersi ustać nie mogło. Odwróciwszy się ode mnie, czoło oparł o szyję matki, a czarny od piasku nos, zupełnie prawie na jéj piersiach spłaszczył, tak mocno do niéj twarz przycisnął. Ona szerokim krokiem dążyć zaczęła ku chacie, któréj nizka ściana, przyzbą otoczona i wązkie podwórko ukazywały się z za ogrodu.

— Czego on tak się przeląkł? — zapytałam.

— Durny! bardzo on jeszcze głupieńki... — odpowiedziała.

— Nie wiecie, dla czego on krzyczał: zjé! zjé! O kim on myślał, że go zjé?

Wzruszyła ramionami, ale z wyrazu zakłopotania, który twarz jéj okrył, odgadłam, że wié, dobrze wié. Opowiedziałam, gdziem spotkała malca, o pustéj drodze i nadjeżdżających wozach. Przeląkł się.

— Oj Bożeż mój! — zawołała — ot i przypadek zdarzyć się mógł! Czy to trudno o nieszczęście.