Wezwany dozorca natychmiast wszedł do celi; Karłowicki papier zza mundura wyjęty mu pokazał:
— Po prikazanju...
Wyszli obaj z celi, przeszli różne korytarze i wschody, przed wyjściem z budynku Karłowicki znowu komuś papier pokazywał. Szyldwachy wszystkie rotnego dowódcy salutowali.
Gdy znaleźli się na ulicy, oficer więźnia pod ramię ujął i krokiem iść zaczął. Aleksander odetchnął pełną piersią.
— Ach — rzekł — powietrzem świeżym oddychać choć przez chwilę, co za rozkosz! Ale dlaczego idziemy tak prędko?
I nie dał towarzyszowi czasu na odpowiedź, bo sobie o czymś przypomniał.
— Ale, ale! Widziałeś narzeczoną moją i jej matkę! Byłeś u nich? Jak mają się? Co tam słychać?
Uliczki miasta były ciemne i prawie puste; kiedy niekiedy tylko dwaj spiesznie idący ludzie spotykali się z niepozornymi, śpieszącymi, obojętnymi na wszystko, co ich samych nie otaczało, przechodniami. Jednak oficer do szeptu prawie głos zniżył odpowiadając:
— Twoja narzeczona to cud kobieta! Odważna, dla ciebie na wszystko gotowa. Wot Polki to kakija! Ja dawniej żadnej nie znał! My z nią wiele, wiele mówili o różnych tam... naradzali się i ja tobie powiem, że u niej nie tylko krasata i serce, ale i rozum...
Mówiąc przyśpieszał coraz kroku.