— Czego my tak biegniemy? — zadziwił się znowu Aleksander.
— Tak trzeba! — odpowiedział oficer i w głosie jego zabrzmiała nuta wydającego rozkazy kamandira.
U końca wąskiej uliczki widać już było jednopiętrowy budynek, w którym zasiadała komisja. Wszystkie okna budynku tego były oświetlone, przed gankiem paliła się latarnia i w świetle jej połyskiwały bronie szyldwachów.
Jeszcze kilka, jeszcze kilkanaście kroków i oficer nagłym ruchem skręcił w jakieś ciasne, brudne przejście pomiędzy jakimiś wpół rozwalonymi lepiankami i płotkami, więźnia za sobą pociągając.
— Co to? Dokąd? Gdzie idziemy?
— Milcz! — szepnął oficer i jakkolwiek szept to był, zabrzmiał w nim twardy, niemal groźny rozkaz.
Ramieniem jak żelazną obręczą opasywał ramię więźnia.
Lepianki i płotki stawały się rzadsze, można było wśród zmroku dostrzec ukazujące się za nimi pole.
Ramię Aleksandra pomimo żelaznego uścisku oficera drżeć zaczęło.
— Co to jest? Dokąd mnie prowadzisz? Co chcesz uczynić?