Nie odpowiadał i po minucie znaleźli się już za miasteczkiem.
Wieczór był dość późny i pomimo gwiazd usiewających niebo ciemny, bo szmaty chmur tułały się pod gwiazdami, gnane i rozganiane przez wiatr, którego prawie jesienne podmuchy z lekka szumiały po gładkim polu.
Na wąskiej ścieżce przerzynającej pole, tu i ówdzie rosnącymi nad nią krzakami ocienionej, oficer zwolnił kroku i szeptem mówić zaczął:
— Ty nie wiesz, że tobie grozi śmierć... na szubienicy albo katorga. Ja o tym dowiedział się i nie mógł przecież z rękoma założonymi czekać. Ja pojechał do twojej narzeczonej i my z nią wszystko ułożyli. Ty będziesz wolny...
— Wielki Boże! — wykrzyknął Aleksander.
— C... c... c...icho! — zasyczał oficer i narzekać zaczął. — Oj ty Boże mój! Jaki pyłki charakter! Tu trzeba jak myszy cicho... a on krzyczy! Słuchaj i nie mów nic! Ja wszystko powiem...
Szybko idąc z głową ku głowie towarzysza przybliżoną, mówił:
— Przez las ten przelecisz wiorst trzy, za lasem będzie kareta sześciu końmi zaprzężona, z dwiema damami.
Potem jeszcze mnóstwo szczegółów i na koniec:
— O świcie w drugiej guberni już znajdziesz się, a tam granica awstryjska niedaleko, będą tacy ludzie, co tobie...