Słuchali. Jakkolwiek Julek nie zniżał bardzo głosu, jednak pomimo woli może zniżał go nieco, więc wszystkiego, co mówił, słyszeć nie mogli i w słuch im wpadały czasem zdania niecałe, czasem wyrazy oderwane:
„Dziś po zachodzie słońca... wprost do Dębowego Rogu... tu nie zajadą...”
A potem zapytanie matki: „Wiele tam tego będzie?”
I odpowiedź Julka: „Szabel... rewolwerów... kos...”
Jankiem od stóp do głowy dreszcz wstrząsnął. Jedną ręką ściskając brzeg ławki, drugą brata za kolano pochwycił.
— Słyszysz, Olek? Słyszysz?
Ten drżeć zaczął jak w febrze.
— Aha! szab... szab... szab... le...
— Ciiii-cho!
Matka mówiła znowu: