— Brać ich! Na koń z nimi! Do naczalstwa10!
Lecz w tejże chwili z piersi Janka wydarł się krzyk radości taki, z jakim istota ludzka na zgubę swą oko w oko patrząca wita ratunek, zbawienie. Ujrzał przeciskającą się przez mundury kozackie siermięgę chłopską i zaświeciła mu wśród kozackich twarzy blada, bardzo blada, lecz niewstrząśnięta, tak jak zawsze nieruchoma, niema twarz Teleżuka. Wężowym skrętem Janek wyśliznął się z rąk, które już porwać go miały, i jednym skokiem znalazł się przy chłopie, ręce na szyję mu zarzucił, do piersi jego piersią przylgnął.
A on, w siwej siermiędze, zdjął z siwiejących włosów czapę baranią i ramieniem pacholę ogarniając, nisko aż do samej ziemi pokłonił się temu spośród żołnierzy, w którym domyślił się zwierzchnika.
— Oddajcie mi, panie, te detyny11! To małe jeszcze... głupie!
O! gdyby to nie był chłop! Za wstawiennictwo takie dałby w okup wiele. Ale z chłopami oględnie, niemal miłośnie postępować przykazano. Od chłopskich pleców nahajce kozackiej — wara!
Więc tylko głos niecierpliwy zapytał:
— Kto ty taki?
On z pokłonem znowu aż do ziemi niskim:
— Ja chłop.
A potem głosem powolnym mówił jeszcze: