— Ja nie miatieżnik12, ja chłop. I oni nie miatieżniki, oni — dzieci.
— Twoje? — krzyknął dowódca.
Głową przecząco wstrząsnął.
— Nie moje... ale matkę mają...
Rękę do włosów podniósł; coś wypowiedzieć chciał, słowa przychodziły mu z trudnością. Jednak zaczął:
— Ona nie pani... z biedą żyje, na nich pracuje, horuje.
Dowódca cierpliwość tracąc krzyknął:
— No, to i ją do turmy13, na Sybir... czort niech ją weźmie.
A do podwładnych zwrócił się:
— Brać ich!