Głębokie, gnębiące cierpienie rozlało się mu po twarzy.
— To przyjdź pan znowu kiedykolwiek, skoro ta moja nora tak się panu podobała — uprzejmie rzekł Awicz.
— Przyjdu... mnie można do pana przychodzić. Nikomu nie można, a mnie można...
— Dlaczegóż to?
Oficer zniżył głos.
— Plecy, widzisz pan, mam! Wot, dlaczego.
— Jak to plecy? Co to?
— Wot takie plecy, co mnie od wszystkiego bronią... Mnie dlatego i po tym nieszczęściu w lesie z rotnazwo komandirstwa nie zrzucili. Drugi by tak poleciał, że jejej! A mnie on bronił, przez to ja i do pana przychodzić mogę, kiedy tylko zechcę...
O krok jeden stał przed Awiczem, w postawie wahającej się, z wyrazem zmieszania na twarzy.
— I sam nie wiem — zaczął — czy mogę panu rękę podać, czy nie mogę?