Awicz podał mu rękę, którą dłoń oficera objęła silnym, trochę drżącym uściskiem. Coś na kształt uszanowania i rozczulonej nieśmiałości odmalowało się w tej chwili na jego twarzy.
Odchodził. U drzwi odwrócił się jeszcze.
— Wiesz pan co?... Ja myśleć sobie zaczynam, że adnakoż takie rzeczy musi być wiele znaczą. Idziesz z wojskiem na miatieżnikow i głaz na głaz spotykasz się z bratem... z bratem, którego jak swoje życie lubisz. I twego brata zabija to wojsko, któremu ty sam zakomenderował: strzelać! Wot, co takie rzeczy...
Głos mu się w gardle załamał. Szybkim ruchem obrócił się ku drzwiom i z twarzą przyłożoną do znajdującego się w nich okrągłego otworu krzyknął:
— Atwarit’!
Brzmienie okrzyku tego było znowu grube, twarde, ostre i przypominało Awiczowi kapitana wykrzykującego słowa komendy na owej grobli.
Nie dziw, że w sposób taki znowu przemawiać zaczynał, wszakże z tej celi więziennej wychodził na świat wolny!
V
Parę dni minęło i znowu w porze niezwykłej ciężki klucz zazgrzytał w grubym zamku, ale tym razem za otwierającymi się drzwiami głos kobiecy młody i świeży spytał:
— Czy można?