Szczęśliwy uśmiech rozlał się po twarzy więźnia. Zniżonym nieco od rozmarzenia głosem odpowiedział:
— Wiem o tym, ale i tego również pewien jestem, że narzeczona moja nie opuści mnie ani w ubóstwie, ani na wygnaniu i że w każdej otchłani, wśród każdej burzy czy słoty życia będziemy sobie nawzajem pomocą i zbawieniem.
Oficer stał przez chwilę milcząc i w ziemię patrząc. Po białym jego czole przepływały powstające i znikające zmarszczki. Byłyż to fale podnoszone przez myśli nowe, dziwne, w które wpatrywał się, które wyrozumieć usiłował? I może nie tylko przez myśli. Wyraz rozmarzenia okrywający twarz więźnia i w jego oczy wstąpił. Odbiła się w nich jakaś nagle powstała tęsknota.
— Ślicznie pan to powiedziałeś... wot poezja to prawdziwa... prawdziwa... i wiara w człowieka, którego lubisz...
A potem z wybuchem zmieszanych uczuć przyjaźni i zazdrości.
— Nu, da! Szczęśliwy z pana człowiek!
— Choć zgubiony? — uśmiechnął się Aleksander.
— Nu, nie ze wszystkim zgubiony. Ale choć w biedę wpadł, adnakoż szczęśliwy!
Gdy odchodząc szedł ku drzwiom, kroki jego cięższymi zdawały się być niż zwykle.
Dość długo potem nie powracał, aż przyszedł znowu i zaraz po powitaniu powiedział, że czuł się niezdrów i że mu w ogóle na ciele i duszy niedobrze. Więc po co, myślał sobie, miał tu w usposobieniu takim przychodzić? Myślał nawet też i o tym, aby już wcale nie przychodzić i obecnością swą więźniowi nie mieszać, nie dokuczać...