Dwa dni upłynęły i — wyrok zapadł... Podpisała go ręka od ręki kniazia czerwieńsza... rozkazowi zresztą otrzymanemu z góry posłuszna.
Zsyłka do Permu, w czasie jak najkrótszym pod zbrojną strażą mali buntownicy odwiezieni zostaną do najbliższej — jednak dalekiej — stacji kolei żelaznej, a stamtąd parowozem na granicę dwóch części kuli ziemskiej, pod stopy Uralu...
...Z twarzą, która powlekała się barwą ziemistą, z powiekami w pociemniałych oczodołach od płaczu krwawymi pani Teresa stała przed więziennymi wrotami i patrzała na oddalający się dwukonny wóz... Dopóki tylko dojrzeć je było można, patrzała na coraz dalej oddalające się, oddalające dwie małe, blade twarze, które na wozie obracały się ku niej, jak opłatki świecąc wśród podniesionych dokoła luf i i bagnetów.
Gdy na zakręcie drogi znikły — odeszła.
Nie biegła, nie pędziła; szła powoli z piersią ciężko dyszącą, z plecami po raz pierwszy w życiu przygarbionymi.
Nic dokoła nie widziała, nie słyszała, o niczym nie myślała. Dusza jej krwawym gwoździem przybita do tych małych, bladych twarzy, które tylko co w oddaleniu sprzed oczu jej znikły, wlokła się za nimi cała, wsuwała się pomiędzy otaczające je bagnety, kreśliła nad nimi obronne i opiekuńcze krzyże, całowała, żegnała spłakane oczy Olka, jak płótno zbielałe, lecz hardo zaciśnięte usta Janka.
Na kształt ranionego zwierza, który instynktem gnany czołga się ku legowisku swemu, aby paść na nie i skomląc z bólu ranę swoją lizać, pełzała raczej niż szła ku swej najętej, mizernej izdebce...
Tu, na drzwi izdebki spojrzawszy, przypomniała sobie.
„A Inka?”
Gdzie jest Inka? Miała wnet za nią przybiec do więzienia i ostatnie godziny te spędzić z braćmi, a tylko na chwilę czegoś jeszcze do miasteczka...