— Zaraz przybiegnę, mamciu, zaraz przybiegnę...

Miała kapelusz na głowie, w ręku parasolkę, na policzkach rumieńce silne i w oczach łzy...

— Niech mamcia idzie, ja zaraz przybiegnę...

Odbiegła, wróciła, uścisnęła matkę. Dziwnie uścisnęła, mocno, długo. Ale pani Teresa nie dziwiła się. W dniu tak strasznym, w tym piekielnym dla niej dniu... że córka zapłakała, uścisnęła, cóż dziwnego?

Jednak nie przyszła! Cóż to znaczy? Gdzie jest? Co się z nią dzieje?

Niecierpliwie, silnie, głośno pchnęła przed sobą drzwi izdebki. Weszła.

Nie ma Inki.

Coś się działo w tej izdebce, coś się tu działo!

Szuflada starej, krzywej komody, w której Inka swoje różne muślinki, paski chowała, w całej szerokości wyciągnięta, pusta.

Miejsce na ścianie, gdzie sukienki swoje zawieszała, puste.