Jezus, Maria!
Na stole, o szklankę z niewypitym mlekiem oparta, karta papieru jej ręką zapisana.
O Jezus, Maria!
Moja kochana mamciu! Mnie bardzo przykro, ja bardzo żałuję, że mamcię rozgniewam i zmartwię, ale inaczej nie mogę! Nie mogę! Kiedy mamcia czytać to będzie, ja daleko już stąd... daleko... Mnie nawet smutno, że mamę porzucam, ale tak kocham, tak nad życie, bez granic kocham... Mama zna jego... to kniaź Borys... I on kocha mnie szalenie, bez granic, ale ja nie z nim jadę, tylko z pewną przyjaciółką jego i moją, u której też w Petersburgu mieszkać będę, dopóki ślubu z sobą nie weźmiemy... A kiedy już zostanę żoną kniazia, co wkrótce nastąpi, wszystkim nam będzie lepiej. On dla Janka i Olka powrót do domu wyjedna, a Brońcią i Ludwinką ja zaopiekuję się, aby im edukację świetną...
Było tam pisma więcej jeszcze wiele: wyraźniejsze od innych występowały wśród niego słowa: „miłość”, „szczęście”, „przesądy”, „wszędzie ojczyzna może być”, „wszystkie wiary sobie równe”, ale pani Teresa czytać dalej nie mogła, bo z trzęsących się rąk jej wypadła kartka papieru i szeroko, szeroko rozwarły się te ręce, a potem głośno klasnęły w dłonie, gdy z ust tak jak ta kartka zbielałych wypadł krzyk:
— Łajdaczka!
Padł krzyk ten w ciszę izdebki jak kamień w wodę i długo po nim nic nie następowało. Jak w kamień obrócona stała pani Teresa z rękami rozpostartymi, z oddechem w piersi krótkim i świszczącym, z czołem, wargami i policzkami drgającymi. W ciemnych głębokich oczodołach, pod zakrwawioną od łez powieką gorzał płomień gniewu i morze pogardy rozlewało się po ustach, gdy wychodzić z nich począł dyszący, syczący szept:
— A niedoczekanie twoje, abyś ty... dziećmi mymi... opiekować się miała... ty... ty...
I nagle krzyk znowu przeraźliwy, ogromny, podobny tym, jakimi matki wtórzą zabijaniu gwoździami trumien ich dzieci.
— Inka, dziecko moje! Jezus, Maria! Inka moja, Inka!