Niebawem wchodziła do tego pokoju, który był właściwie izdebką wąską, o jednym na ogród wychodzącym oknie, a tuż za nią wysoki próg przestąpiły Brońcia i Ludwinka. Dwa też cienkie głosiki zadzwoniły:

— Matuchno! Mamusiu! Mamciu!

— Czego chcecie?

Z oczyma na matkę podniesionymi chwilę milczały, a potem najspokojniej i najpoważniej w świecie odpowiedziały:

— Niczego!

Z matką i przy matce być chciały tylko, a przy tym lubiły niezmiernie tę izdebkę, do której wstęp bez niej z powodu rachunków stół do pisania okrywających, był im wzbroniony.

Mogłyby sobie z tych papierów zabawki powykrawać lub na wiatr je puścić.

— No, kiedy niczego, to idźcie stąd sobie! Do Teleżukowej idźcie!...

Z zadartymi główkami uczepiły się czworgiem rącząt spódnicy matczynej i Brońcia, brunetka śniada, żałośnie, a Ludwinka, lnianowłosa i różowa, z gniewnym tupaniem nóżek, jednogłośnie zawołały:

— Nieeeeee!