Julek pochylił się i w mgnieniu oka jedną na jedno ramię, drugą na drugie pochwyciwszy, znad ziemi je podniósł.
— E! Niech robaczki trochę sobie przy Teleżukowej popełzają! Tu niepotrzebne!
Śmiejąc się z izdebki je wynosił, a one śmiały się także głośno i nagie, długie, ogorzałe ich nożęta kołysały się w powietrzu, z ramion braterskich zwisając.
Pani Teresa tymczasem stanęła przy otwartym oknie, za którym rósł wysoki i gęsty krzak bzu już rozkwitać poczynającego. Krzak ten tak zasłaniał okno, że nic przezeń widać nie było oprócz kawałka błękitu niebieskiego za najwyższymi szybkami.
Kiedy Julek powracając drzwi za sobą zamknął, izdebka zdawała się być szczelnie przed wszelkim okiem i uchem ludzkim ukryta.
— Cóż, co mi masz do powiedzenia? — rzuciła się ku synowi pani Teresa.
Pobladłą twarz i zmącone źrenice jej widząc, uspokajać ją począł:
— Nie to, nie to jeszcze, co mama myśli. I to przyjdzie, naturalnie, ale nie teraz jeszcze. Teraz coś innego, ale także ważnego.
I tu, u otwartego okna stojąc, począł mówić dość głośno, bo i po cóż miałby szeptać, skoro nikogo w pobliżu nie było i nikt podsłuchiwać ani myślał.
Czy tylko nikt? Coś jednak za krzakiem bzowym zaszeleściało i coś ciemnego wśród gęsto splątanych gałęzi zaszarzało. Ale pani Teresa i Julek uwagi żadnej na to nie zwrócili. Małoż to skrzydeł ptasich za oknami trzepoce, a byłoż im w tej chwili do przyglądania się grom barw i świateł w krzakach?