Wiedziały „robaczki” czy jak je Julek nazywał „bębenki”, że gdy matka takim tonem przemawiała, żartów nie ma. Cichutko więc wysunęły się z domu i na wschodce małego ganku do drewnianego słupka przytulone, nad książczyną drobne głowy pochyliły tak, że aż prawie zetknęły się z sobą ich ogorzałe czoła i zmieszały się włosy lniane i brunatne.

Książczyna w okładce zszarzałej i zmiętej antykiem była, starym dokumentem rodowym, w który z rozkoszą wczytywały się niegdyś oczy pani Teresy, gdy była dzieckiem, potem Julka w tejże porze życia, potem Janka i Olka. Spadała w dziedzictwie z matki na dzieci, z dzieci starszych na młodsze, była pierwszym drukiem, który oczy ich poznawały, pierwszą opowieścią, która im w krwi i mózgu zatliwała iskrę przyszłego płomienia. Teraz na kolanach Brońci otwarta, pożółkłymi kartami odbijała na tle spłowiałej sukienczyny z różowego perkalu.

Brońcia nie bez pewnej jeszcze trudności czytać zaczęła:

— Mieczy-sław Stary...

— Nie chcę Miecislawa... — przerwało jej kapryśne sarknięcie Ludwinki.

Cierpliwie starszy „robaczek” kilka kartek przerzucił i zaczął:

— Władysław Ja...

Ale młodszy przerwał znowu:

— Nie chcę Wladislawa...

— No to czego chcesz?