Porwała Ludwinka książczynę z kolan siostry i na swoich ją rozłożywszy, z wydętymi od wysiłku wargami przez chwilę karty przewracała. Po czym zaczęła z wielkim trudem i jąkaniem:

— L-e-le-s-i-e-k — Lesiek.

— Daj!

— „Przez dworaków opuszczona Helena w stroju niedbałym...”

Duży ptak furknął spod niskiego dachu i nad głowami dzieci przemknąwszy, lotem strzelistym pomknął w dal.

— Jaskółka!

Nie wiedzieć czego porwały się i nie wiedzieć czego na całe gardziołka śmiejąc się pobiegły w tę samą stronę, w którą jaskółka uleciała.

A pani Teresa pierwszy raz w życiu zapewne zdawała się o samym istnieniu najmłodszych swych dzieci zapominać. W kącie dziedzińca, pomiędzy szarymi ścianami stodółki i świrna, z chłopem barczystym i rosłym, w siwą siermięgę ubranym rozmawiała. Był tak rosły, że aby w twarz mu patrzeć, głowę wysoko podnosić musiała, więc z wysoko podniesioną głową, z rękoma zwykłym sobie ruchem na kłębach opartymi, mówiła o czymś długo, cicho, a oczy jej w cieniu szarej stodółki jak iskry błyszczały.

Chłop długiej jej mowy wysłuchał milcząc, z twarzą nad jej głową pochyloną. Na twarzy jego grubej, w grube fałdy pogiętej, gęstym włosem siwiejącym z dołu zarosłej, nie odbijało się wrażenie żadne. Nieruchoma, zaspana jakby czy leniwa, podobna była do rzeźby z grubego kamienia, który barwą swą chleb razowy przypominał. Jednak z bliska można było dostrzec, że z tej niemej, ciemnej twarzy chłopa oczy spoglądały na podniesioną ku niemu głowę pani Teresy miękko jakoś i przychylnie, a zarazem nieco z ironią. Rzecz dziwna! Pod krzaczystymi, obwisłymi brwiami siwe oczy chłopa błyskały iskrą ironii. Po długim, milczącym słuchaniu, bez żadnego poruszenia w postawie, tak samo cicho, jak ona mówiła, a przy tym powoli, senliwie jakoś czy leniwie przemówił:

— Ej, pani! Szczo z toho bude? Czy wy to tylko rozumnie i dobrze robicie? Czy z tego biedy wielkiej dla was nie będzie? Czy wy dzieci swoich...