— Żebyś ty ze mną o siostrze choć raz serio porozmawiał!
— Kiedy bo, moja mamo, o Ince trudno jest mówić serio.
— Głupstwo! Dlaczegóż to?
— Bo w niej samej niczego serio nie ma. Dziewczyna pusta, w piękności swej, jak nasza szlachta okoliczna mówi, zadufana i w Leszczynce nudzi się piekielnie, a jak w świat wyleci, to sobie fruwa. Psychologia nietrudna i nieosobliwa.
— Aha! Ale bieda osobliwa może być...
— Jaka tam bieda! Za mąż pójdzie — i już.
Umilkli. Z obu stron drogi, w zbożu już dobrze podrosłym, przebiegały ciche szelesty, szmery, może chody glist i kretów albo podloty ptaków nad świeżo uwite gniazda. Las był już blisko; w ciemnej ścianie jego coś ćwirknęło, gwizdnęło i na chwilę umilkło, aż po zmroku gwiaździstym, nad polem cicho szemrzącym rozległ się głośny, dźwięczny, przeczyście srebrny trel. Rozległ się, pół minuty trwał i umilkł.
Julek podniósł głowę.
— Słowik! — szepnął i w szepcie tym jak w zwierciadle ludzkiego serca odbiła się tajemniczość wieczoru, gwiazd, ciemnego lasu i słowiczego trelu.
— Wcześnie w tym roku słowik... — zaczęła pani Teresa i nie dokończyła.