— Skończone! Teraz wy sobie jedźcie, a ja z Teleżukiem do domu powrócę.
Teleżuk zbierał rydle i w jakimś krzaczystym schronieniu pomiędzy dębami je składał.
— Nie zabierzesz tego do domu?
— Ot! Żeby jeszcze nie śpiący ludzie zobaczyli! Już ja lepiej wiem, kiedy po to przyjść trzeba. Bądźcie spokojna, pani.
Po kilku minutach nikogo już pomiędzy starymi dębami nie było. W głębi lasu odzywał się czasem turkot wozu coraz słabszy i dalszy. Na drodze, pośród pól od lasu biegnącej, dwoje ludzi pośpiesznie szło ku majaczącemu w swych gruszach i lipach dworkowi.
Wtedy z gęstwin leszczynowych, zza potężnych pni dębów, wyskoczyły dwa małe cienie ludzkie i rzuciwszy się ku sobie, szybko, namiętnie zaszeptały:
— Teraz, Olek! Teraz albo nigdy! Ziemia świeżo poruszona, odkopać łatwo...
— I rydle są...
— Widziałem, gdzie schował.
— I ja! I ja!