Ze wsi chłopskiej, do której dobry kawał drogi był z Leszczynki, a w której dziś robotników do pilnej jakiejś roboty gospodarskiej zamawiała, pani Teresa biegła drożyną polną bez tchu prawie i cała potem oblana, bo ranek duszny był i upalny. Zdyszana, z policzkami gorąco zarumienionymi, ze wzrokiem zakłopotanym, do kuchni bocznymi drzwiami domu wpadła i wnet zawołała:
— Teleżukowa! A maleńkie gdzie?
Kobieta w chłopskim ubraniu, od kuchennego ognia twarzy nie odwracając, odpowiedziała:
— Z Julkiem w pole poszli...
— A chłopcy?
— W sadzie siedzą... czytają...
— Jedli co?
— Ojej! Może wy, pani, co zjecie?
— Nie chcę! Nie mam czasu! Do obiadu zaczekam...
Nie miała czasu na jedzenie; musiała w rachunkowej książce coś zapisać, bo potem zapomni, do ogrodu, gdzie dziewczęta warzywa pełły, zlatać, do lochu, gdzie dziś udój bez niej postawili, skoczyć...