Chłopka w czerwonym, okrągłym czepku na głowie szyła przy świetle małej lampki; podniosła znad roboty okrągłą, dobroduszną twarz i wesoło odpowiedziała:
— Ot, powyciągali sobie sienniki do ogrodu i pod lipą spać się pokładli. Nocka ciepła; nic im to nie zaszkodzi.
Ależ naturalnie! Cóż im może zaszkodzić, że noc prześpią pod gwiaździstym niebem, w przeczystym powietrzu ogrodu? Alboż jedną noc tak przespali? I zdaje się, że w ogrodzie tym nie ma jednego takiego drzewa, u którego stóp nie próbowaliby w ciągu dzieciństwa swego urządzać podobnych noclegów. Ale pani Teresa musiała ich zobaczyć, musiała koniecznie wieczoru tego na nich śpiących czy czuwających popatrzeć. Wyszła tedy do ogrodu i długo szukać nie potrzebowała. O kilkanaście kroków od domu ujrzała pośród trawy, na pościołkach szczupłych, u stóp lipy rozłożystej, szarzejące w nieruchomości ich postacie.
Zbliżyła się. Spali. Janek oddychał równo i cicho, Olek głośno sapał i z lekka pochrapywał. Pochylona patrzyła na ich niewyraźnie rysujące się twarze, słuchała ich sennych oddechów, aż na zmącone i zmartwione dziś rysy wypływać począł uśmiech.
— Robaki moje! Brylanty! Skarby moje — głośnym szeptem wymówiła i powolnym gestem nad głowami chłopców znak krzyża uczyniwszy, spokojniejszym już krokiem ku domowi odeszła. W myśli jej przez odjazd Julka wzburzonej i rozwichrzonej porządkować się, rozwidniać znowu zaczęło! Cóż? Tamtego nie ma, ale te są... Są i będą. Robaki jeszcze małe. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... Jeszcze pięć brylantów, pięć skarbów pozostało przy niej! Szła do izdebki, w której Inka wespół z małymi siostrami sypiała.
A gdy zamknęły się za nią drzwi domu, Janek i Olek żywym ruchem na swych pościołkach pod lipą usiedli.
— Słyszałeś? — zapytał starszy.
— Aha! Myślała, że śpimy, i mówiła: „Brylanty, skarby moje!” a potem...
— Przeżegnała nas! Błogosławiła... Jednak, wiesz... Olek...
I zamilkł.