— Blisko.
— Lećmy!
Porwali się z ziemi, znowu biec zaczęli i niedużą przestrzeń przebiegłszy znowu na ziemię upadli.
— Jeszcze trochę — zaszeptał Janek — jeszcze trochę odpocząć...
Powieki opadały mu na oczy, przed którymi błąkały się szmaty mgły mętnej, w czerwone kropki. Ale minuta cała nie upłynęła jeszcze, gdy przez tę mgłę ujrzał coś takiego, co mu członki wyprostowało i krew całą do serca rzuciło.
— Widzisz? Widzisz, Olek, widzisz? tam!
— Widzę! Widzę! Widzę!
I ten siedział już wyprostowany, a oczy płonęły mu jak ogniki błękitne.
Widzieli gromadkę jeźdźców, która wyłoniła się skądciś od strony grzmotów, spośród gęstwin i biegła kolumnadą widną, na luźnych przestrzeniach, po smugach słonecznych, leżących na posadzce płowo lśniącej. Głucho po mchu i igliwiu tętniły kopyta ich koni, jaskrawo migotały w złotej mgle słonecznej jak krew czerwone ozdoby ich ubrań, wysoko błyskały ostrza ich długiej, nad ubranymi w czerwień głowami sterczącej broni... Niewielu ich było; dziesięciu, dwunastu. Drobny oddział wojskowy, może z rozkazem kędyś posłany, może straż stanowisko zmieniająca.
Pod jedną z kolumn zaszemrał szept chłopięcy wezbrany, zdyszany: