— Kozaki!
A po sekundach kilku drugi szept bezprzytomny, gwałtowny:
— Strzelajmy!
Na jedno kolano przyklękli obaj, czapki z głów im pospadały, wargi trzęsły się, oczy płonęły, w rękach błyskały pistoletowe lufy.
— Janek! Razem!... razem... czy już?
Tamten tonem komendy wojskowej głośno, uroczyście mówił:
— Strze-lać!
Jak dwa kamienie w przezroczystą wodę i w ciszę kolumnady głęboką, czystą, wonną, padły dwa strzały.
Konie kozackie stanęły zrazu jak wryte, a potem zwróciły się w stronę strzałów.
Nie widzieli i nie byliby zapewne dostrzegli dwóch drobnych postaci przy ziemi szarzejących w oddaleniu. Teraz na koniach chyżych, kolumny złotawe wymijając lecieli ku nim...