On z pokłonem znowu aż do ziemi niskim:
— Ja chłop.
A potem głosem powolnym mówił jeszcze:
— Ja nie miatieżnik9, ja chłop. I oni nie miatieżniki, oni — dzieci.
— Twoje? — krzyknął dowódca.
Głową przecząco wstrząsnął.
— Nie moje... ale matkę mają...
Rękę do włosów podniósł; coś wypowiedzieć chciał, słowa przychodziły mu z trudnością. Jednak zaczął:
— Ona nie pani... z biedą żyje, na nich pracuje, horuje.
Dowódca cierpliwość tracąc krzyknął: