— Tylko niech mnie tam nie zabierają... niech mię nie zabierają do więzienia!...
A Inka, u zbiegu dwóch ulic z matką się rozstawszy, nie w kierunku mieszkania pani Awiczowej i jej córki poszła, ale w tym, który do pewnej mało uczęszczanej przechadzki publicznej prowadził.
Nie miała ochoty najmniejszej towarzyszyć matce do więzienia i szpitala. Małych braci żałowała czasem, że cierpią, ale były to chwile przelotne; w ogóle zaś nie czuła szczególnej do nich tęsknoty, a w zamian takie miejsca udręczeń i smutku jak więzienie i szpitale budziły w niej odrazę taką, jakiej doświadczać musi ryba do suchego piasku lub jakiej niektórzy ludzie na widok krwi i ran doświadczają. Od atmosfery cierpienia czyniło się jej mdło, nudno, słabo i zaraz po głowie chodzić zaczynały myśli, że wszystko to jakieś niepotrzebne, nieładne, nieznośne i że ona jest wcale do czego innego stworzona. Do czego mianowicie była stworzona, dokładnie tego przed sobą nie określała, ale nieraz widok fruwających ptaków i latających motyli nasuwał jej myśl: „Szczęśliwe, wolne! Bawią się sobie w blasku słonecznym, na kwiatach!”
Dziś dążyła na spotkanie umówione, zaciekawiające i przyjemne; spóźnić się mogła, więc przyśpieszała kroku, a oczy jej przy tym niezwykle błyszczały.
Ta nowa znajoma jej, na której spotkanie spieszy, to bardzo, bardzo miła kobieta, może najmilsza ze wszystkich znanych jej dotąd kobiet. Poznała ją wczoraj na przechadzce.
Bo jak w Leszczynce po wpółdzikim ogrodzie, tak tutaj po niedużym, już prawie zamiejskim parku często błądziła, bez celu, krokiem powolnym, czasem listki z krzaków smętnym ruchem zrywając, rojąc, na każdą postać spotykaną szeroko oczy ciekawe a prześliczne otwierając.
I wczoraj właśnie, gdy po długim takim wśród drzew błądzeniu na ławce pod drzewem usiadła, zbliżyła się do niej ta pani, która przedtem kilka razy na drogach i dróżkach parku z nią się rozmijając z bardzo miłym uśmiechem jej się przypatrywała.
Nie bardzo już młoda, ale czerstwa i żwawa, trochę zanadto otyła, jednak zgrabna, w ślicznie zrobionej sukni z szeleszczącej ce-su-czy, gęsto koronkami przyozdobionej. Na czarnych włosach kapelusik złożony z kwiatów bzu, nad którymi małe, białe piórka bardzo lekkie, jak nici srebrnej pajęczyny powiewały. Wesoło się stawało od samego widoku tej twarzy okrągłej, rumianej, dobrodusznej, jej oczu jak dwie czarne perełki świecących, jej liliowych bzów na głowie, piórek nad nimi polatujących i złotej biżuterii wśród koronek migocącej.
Na ławce obok Iny usiadła i wnet ku niej z ogromnie miłym uśmiechem się zwracając, ogromnie uprzejmym głosem przemówiła:
— Pozwólcie zaznajomić się! Ja was dawno już spotykam i patrząc na was dziwię się, że w takim brzydkim miasteczku taką jak wy piękność zobaczyć można.