Gorącym rumieńcem twarz Iny spłonęła i w piersi uczuła rozlewającą się po niej rozkosz. Tak już dawno, dawno nikt na nią uwagi nie zwracał i nic podobnie miłego jej nie mówił. Z cicha, ale uprzejmie odpowiedziała, że nie mieszka stale w tym miasteczku, że ze wsi z matką przyjechała.
Nieznajoma zaśmiała się swobodnie, głośno.
— Wiem, wiem! Ja nawet wiem, jak się nazywacie i kto jest wasza matka. Ją także widuję na ulicy. Ot, można powiedzieć, że córka do matki niepodobna! Wy przy swej matce jak kniahini16 przy chłopce wyglądacie...
Z pewnym zaniepokojeniem i zmieszaniem Ina przerwała:
— Moja mama zajęta bardzo zawsze... na ubieranie się i nic takiego nie ma czasu... ale bardzo zacna jest, dobra.
— Ależ ja nie o tym... nie o tym... — z energicznym gestem broniła się nieznajoma. — Ona pewno najlepsza... to nawet widać... Tylko wy na jej córkę nie stworzona... Taka delikatna, biała z kroszecznymi17 rączkami i nóżkami... prosto kniahini, czudo18!
Oczkami świecącymi jak czarne perełki po całej postaci Inki wodziła, wyraz podziwu i zachwycenia twarz jej okrywał. Było w tym podziwie i w tym zachwyceniu coś dziwnie i szczerze naiwnego.
Jeżeli w zaznajamianiu się z Inką i miała uboczny cel jakiś, to jednak niewątpliwie sprawiało ono jej samej żywą przyjemność. Mówiła okaleczoną i wyrazami obcymi łataną polszczyzną, tak jak mówią ci, którzy niedokładnie jej się wyuczyli albo niegdyś jako ojczystej używali, a potem zapomnieli. Z dalszego ciągu rozmowy okazało się, że była to dla nieznajomej mowa wpółojczysta. Śmiejąc się, mówiła:
— Ja troszkę Polka. U mnie ojciec ruski był, a matka Polka. Tak mnie troszkę czasem i ciągnie do Polaków...
Po twarzy Inki rozlał się wyraz zdziwienia.