— Po co ma przypominać i czem ma przypominać? Czy chciałbyś, aby nosiła ciągle lancet w ręku i biret na głowie...

— W najmniejszym stopniu nie chcę! Ta jej właśnie prostota, naturalność...

— Różowa sukienka...

— I różowa sukienka, z czemś takiem ładnem, białem u szyi...

Śmieli się obaj i śmiech Czesława był tym razem szczery, wesoły.

— Chciałbym natomiast zobaczyć, gdzie i jak...

— Gdzie, nic łatwiejszego, ale jak, prawie niepodobna. Janka do pracowni swej nie pozwala z absolutnością niezłomną wchodzić nikomu, oprócz Krysi, którą na czas nieobecności swej uczy różnych sposobów ratowania bliźnich w wypadkach elementarnych, albo nagłych. Dla innych bywa zazwyczaj nieubłaganą.

— Pójdźmy tam jednak, spróbujmy. Może w drodze łaski...

Kilka minut wystarczyło im do znalezienia się na gospodarskiem obejściu domowem, pełnem drzew, u wejścia do oficyny niedużej, przed którą stało kilka wozów i bryczek, gdy kilka innych już przez podwórze ku drodze leśnej odjeżdżało.

Weszli do sionki, w tej chwili przeludnionej, bo kobiety wiejskie z dziećmi na ręku i bez dzieci tłumnie i gadatliwie cisnęły się ku wyjściu. Rzeczy dość przykre: zmrok izdebki, z jednem oknem, przez drzewa ocienionem, ścisk ciał, gwar głosów grubych, powietrze duszne.