Drzwi otworzyły się natychmiast i w progu stanęła Janina.
Miała na sobie duży, biały fartuch, który ją od stóp do szyi okrywał. Nad tą białością głowa jej unosiła się w złocie włosów nieco rozwianych i prześwieconych przez słońce.
— Czego matusia... co... może niezdrowa?
W błyszczącym szafirze oczu migotał niepokój.
— Przebacz! skłamałem! fortel wojenny! — wołał Jerzy. Chcemy... oto... ja i Czesław... popatrzeć na pole twojej pracy...
Z oczu jej niepokój znikł, a zapłonął w nich natomiast ognik gniewu.
— Jeżeli tak, — powoli i bez uśmiechu rzekła — to radzę panom iść do Suchej i popatrzeć tam na pole pracy doktora Barszczyńskiego. Osobliwość zupełnie taka sama, a w zysku mała przechadzka...
— Mała! Dobrą jesteś! Do Suchej trzy mile...
Z wyrzutem patrzała na Jerzego i więcej już z rozżaleniem, niż z rozgniewaniem rzekła:
— Ty wiesz, Jurku, jak mi przykro stawać przed światem w roli... w roli Feniksa!