— Musisz odpocząć i jesteś zmęczona. Jesteś podobna do lilii, chwianej przez oddech życia i tak białej, jakby od żadnego już słońca nie mogła zapłonąć rumieńcem. Dlaczego? Czy to jest mojem dziełem? Myśl ta napełnia mnie rozpaczą, ale nie o mnie idzie... Idzie o ciebie. Masz rozum, naukę, męską dumę samodzielnego bytu i cudny wdzięk kobiety czarującej, a jednak jest w tobie jakieś nieszczęście. Matka, nad grobem stojąca, jest ujściem jedynem dla uczuć twych nie powszechnych, nie abstrakcyjnych, lecz własnych, swoich, takich, które są męką głodu i pragnienia, ilekroć nie mają ujścia. Ileż razy i na dnie jakich przepaści żałosnych nad tem się zastanawiałem. Pragnę widzieć... pragnę, abyś otworzyła duszę swą przedemną i abym, oddalając się stąd, uwiózł z sobą zupełny jej obraz... Znamy się od dzieciństwa, i powinniśmy być blizcy sobie... Miej mnie za brata i powiedz mi wszystko... Pragnę mieć... pragnę ciebie mieć... przynajmniej w obrazie twej duszy zupełnym i moim...
Wielki, choć z całej siły tłumiony gwałt pożądania był w tych prośbach... Gdy umilkły, Janina długo nie odpowiadała. Stali ciągle w znacznem od siebie oddaleniu, oparci plecami o kolumny wysokich drzew: ona z głową pochyloną nizko i silnie splecionemi na sukni rękoma, on cały ku niej podany i wpatrzony w nią oczyma krzyczącemi z bólu. Oboje mieli pozór męczeński. Nakoniec słuchu jego doszedł jej cichy, ale wyraźny szept:
— Nie mogę mówić o tem, Czesławie! przebacz, ale nie mogę. Nauka i praca nauczyły mię mówić o wszystkiem i wszystko nazywać po imieniu, kiedy idzie o innych... Ale o sobie... Rany cudze opatrywać... dobrze... ale pokazywać swoje... Mówisz, że jesteśmy sobie blizcy... Nie! O Boże! Czemże jesteśmy dla siebie? Niczem wcale... Wszakże rozumieć to musisz, Czesławie... Masz w sobie również nieszczęście... jakieś nieszczęście, a ja nie wiem...
Czesław milczał chwilę, a gdy znowu mówić zaczął, głos jego miał brzmienia już opanowane i prawie spokojne.
— Nieszczęściem mojem jest to, że stałem się ptakiem tułaczym — na zawsze. Wichry ambicyi i namiętności rozmaitych uniosły mię niegdyś daleko, a koleje życia wycisnęły na mnie pieczęć, której zdjąć nikt w świecie już nie ma mocy. Czerwona to jest pieczęć i piekąca. Twoje oczy, pełne blasku, roztopić jej nie mogą, lecz odkąd spoczęły na mnie, wzmógł się piekący jej żar. Dość długo byłem zadowolony, dumny z powodzeń, nurzałem się w blaskach i radościach świata. Aż przyszedł czas, w którym zapoznałem się z próżnią tych rzeczy, ze zgryzotą, z piekielną tęsknotą. Obleciały mię chórem wspomnienia dawne, żale za tem, z czem postanawiałem porwać na zawsze węzły wszystkie. Coraz srożej obrzydzałem sobie to, co mi tam było najbliższe i od obrzydzenia tego pragnąłem uciec choć na chwilę i choć kroplą napoić tęsknotę, krzyczącą z upragnienia. Przyjechałem tu i rozlało się dokoła mnie morze słodyczy i morze miłości. Powróciły do mnie z mocą zdwojoną wszystkie kochania dawne. Ta ziemia, to niebo, ich kolory, ich blaski, ich smutki i ich piękności, z mocą podwójną wdarły się we mnie, aż napełniły się niemi wszystkie oddechy mego ciała i mojej duszy. I jeszcze... zrozumiałem ten cud świata, z któregom niegdyś żartował lekkomyślnie, którym jest kochanie kobiety ciałem i duszą, a który dla mnie nie stanie się nigdy...
Janina tym samym co wprzódy szeptem zapytała:
— Dlaczego nigdy?
A on z taką powagą i stanowczością, z jaką sędziowie wygłaszają śmiertelne wyroki, odpowiedział:
— Nigdy.
A potem mówił jeszcze: