— Spędzam! — ku oknu podbiegając, z żartobliwą wesołością odkrzyknęła Jadwiga.

— A na służbę bożą nie pospiesza?

— Jutro pospieszę!

— Dziś trzeba, koniecznie dziś... Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie! Niech panna Jadwiga dobrze to sobie pamięta.

— Winszuję pani świąt! — zawołała znowu Jadwiga.

— Na jutro powinszowanie! Teraz czas na służbę bożą spieszyć, nowonarodzone dzieciąteczko witać! Biegnę, lecę, a pannie Jadwidze wesołej zabawy życzę! Moje uszanowanie!

— Dobranoc pani!

Ginejkowie z szeroko otwartemi od zdziwienia oczyma słuchali tej osobliwej rozmowy.

— Co to? kto to? Czego ta pani od ciebie chciała?

Jadwiga opowiedziała wszystko o sąsiadkach i o swoim z niemi stosunku, nie wyłączając językowej katastrofy dzisiejszego poranku. Usprawiedliwiała się, że tylko ostateczne zniecierpliwienie do podobnego postępku doprowadzić ją mogło. Ale oni bynajmniej postępkiem tym zgorszeni nie byli, a żywe opowiadanie o nim Jadwigi doprowadziło ich do takiego śmiechu, że aż za boki się trzymali.