I jakby na przypieczętowanie tego zdania, gorąco rękę jej ucałował.

Stanisław zaś uniesieniom brata zawtórzył szerokiem ziewnięciem i słowami:

— Idźmy spać! — Oleś, jak Boga kocham, idźmy spać! Już ja żadnej kosteczki w sobie nie czuję, takem zmęczony.

IV

Kiedy po przespaniu się w pierwszym lepszym zajezdnym domu, Ginejkowie nazajutrz zrana weszli do mieszkania dwóch kobiet, znaleźli już w niem wszystko na przyjęcie ich przygotowane, a Jadwiga spotkała ich u progu, w czarnej świątecznej sukni, wielce zresztą skromnej, ale w której było jej bardzo do twarzy. Sen świąteczny także, dłuższy i spokojniejszy, spędził z jej powiek czerwone obwódki, a z policzków i czoła starł żółtawe smugi. Powitała krewnych wesołem oznajmieniem, że za godzinę najdalej będą oni jej i jej matce do kościoła towarzyszyli.

— A gdzież babunia? — zapytał Stanisław.

Jakby w odpowiedzi na to pytanie, za zamkniętemi drzwiami przepierzenia dało się słyszeć klapiące uderzanie jednej o drugą starych podeszew, oraz chrypliwy głos wołający donośnie:

— Jezus, Marya! Boże zmiłuj się nad nami! Kto tam taki po kuchni łazi?

Z kuchni zaś cienki głosik odkrzyknął:

— Do nóżek upadam! To ja, Ambrożowa! Panieneczka dobrodziczka dziś raniuteńko do mnie przybiegła i na cały dzionek mię umówiła. Do miasteczka po sprawunki już biegałam i obiadek teraz gotować zaczynam. Radosny nam dziś dzionek nastał! Pan Jezus Chrystus w żłobku, ubogieńki, maleńki nam się narodził. Świątek wesoleńkich, mileńkich winszuję!