Stanisław do drzwi zamkniętych podszedł, i uchylając je nieco, zapytał:

— Czy można babuni dzień dobry powiedzieć?

— Śmierć! zginienie! choroba! nieszczęście! Niechże choć łachman jaki na siebie zarzucę!

— Ja go zarzucić pomogę!

Zupełnie za przepierzeniem zniknął.

— Dzień dobry, babuniu! Świąt winszuję! Proszę mi dać tę spódnicę, bo jak ja trzepnę, to będzie dopiero wytrzepana... trzask, trzask! Już czysta! A teraz kaftan trzepać? Nie trzeba! No to dobrze! Ale garnirowanie u czepeczka zgniecione! Zaraz odchucham! Chu, chuu, chuuu! Ot jak tiule powstają! już gładziuteńkie! Czy babunia już uczesana? Jeszcze nie! to proszę grzebuszek dać... Niechże babunia pozwoli! A co, czy źle czeszę! Takie śliczne nioby będą z przodu, a z tyłu warkoczyk splotę... Jaki u babuni jeszcze piękny czarniutki warkoczyk! Ot już i nioby gotowe. Proszę w lusterko spojrzeć, jaka babunia w nich ładna!... Jak Boga kocham, aż pocałować chce się! Nie można! nic nie szkodzi! Ja jednak pocałuję!.. Ot tak! ot tak! podawnemu...

Z tym potokiem słów Stanisława łączył się drugi potok mruczenia, łajania, wymieniania wszystkich plag i klęsk tego świata, wychodzący z ust Szyszkowej, a do dwu tych, nieustannie gadających za przepierzeniem, głosów przyłączył się z kuchenki wychodzący trzeci, piskliwy i głupkowaty:

— Oto mileńki, wesoleńki paniczek! Daj Boże paniczkowi zdrowia, że tak swoją babunię kocha i pieści!... Ot, śmieje się nasza babunia... ot i rozweseliła się biedulka, o wszystkich swoich zmartwieńkach zapomniała!

Jadwiga i Aleksander uśmiechali się także i zcicha rozmawiali:

— Jaki Staś poczciwy, że mamę tak rozweselił! Od kilku lat nie śmiała się tak, jak teraz. Dziś w nocy obudziłam się parę razy, i zawsze słyszałam, że nie spała i płakała...