Aleksander niecierpliwy gest ręką uczynił.

— Oj, jak Boga kocham, dałbym ja Władkowi i Józiowi w skórę, za takie postępowanie z matką...

Jadwiga żywo mówić zaczęła:

— Dlaczego nie chciałeś jasno i wyraźnie mówić, kiedy cię wczoraj kilka razy o nich zapytywałam? Czy już tak źle jest z nimi? Mamy zapewne złemi wiadomościami gorzej jeszcze gryźć nie trzeba, ale ja powinnam wiedzieć o wszystkiem.

Ginejko namyślał się chwilę; wyraz strapienia zasępił jego grube i ogorzałe czoło. Resztę herbaty ze szklanki wychylił, a gdy Jadwiga drugą nalewać zaczęła, szeptem i co chwila na przepierzenie oglądając się, zaczął:

— Nic znowu tak osobliwego... są nawet ludzie, którzy przypisują Władkowi spryt nadzwyczajny i bogactwo mu przepowiadają. Ale ja za taki spryt i za takie bogactwo bardzo dziękuję. Wolałbym ulice zamiatać, niż takim sposobem skarby zbierać.

— Z kilku waszych słów wczorajszych zrozumiałam, że został pokątnym doradcą — szepnęła Jadwiga.

— Najgorszego gatunku — równie cicho odszepnął Ginejko: — ciemnych i biednych ludzi łapie, namawia, oszukuje, po sądach ciąga, ze skóry odziera. Chociaż to brat twój, Jadziu, ale być nie może, abyś nie wiedziała o tem, że od dzieciństwa był on zawsze samolubem i spekulantem. Matka przepadała za nim, wad też żadnych w nim nie widziała; ale dla ciebie, Jadziu, wszystko to chyba nie nowina?

Milcząc i ze spuszczonemi oczyma głową skinęła.

— Widzisz! Cóż więc dziwnego, że puścił się na złą drogę?... Więc też obaj ze Stasiem widywać się z nim przestaliśmy. Kiedy ty z matką w świat po zarobek wyjechałaś, on spotkawszy nas, głośno śmieje się i mówi: „Wiesz Oleś? baby mi chwała Bogu z karku zjechały!” Mnie aż ręka zaświerzbiała, aby w twarz go palnąć; alem tego nie zrobił, bo na ulicy bijatykę wszczynać brzydko. Tylko, kiedy on rękę do mnie wyciągnął, ja swoją za plecy schowałem. „Nie, braciszku, powiadam, ręka moja czarna i twarda, ale czysta, a z twojej choć taka biała, garścią błoto zbierać można. Ja tobie już ani brat, ani swat, ani nawet znajomy. Adieu!” Staś słowo w słowo tak, jak ja. Rękę też za plecy założył i mówi. „Biednych ludzi oszukujesz i odzierasz, matkę i siostrę na cztery wiatry puściłeś. Ja tobie tak samo, jak Oleś, ani brat, ani swat, ani znajomy. Adieu!” Pokłoniliśmy się czapkami i poszliśmy w swoją stronę, a on poszedł w swoją. Od tego czasu nigdy nie widzieliśmy się zbliska; ale od ludzi słyszałem, że doskonale mu się powodzi i grosiwo zbiera. Teraz podobno w jakiś łajdacki interes wlazł, z którego mieć będzie, jak to powiadają, wóz albo przewóz. Jeżeli łajdactwa nie odkryją, grube pieniądze zarobi; jeżeli odkryją, w kryminał wlezie i żółtą łatę na plecy może dostanie. Ot jak...