— To nic, to nic! Chciałbym, jak Boga kocham, z panem o rzemiośle pogawędzić.
— Do usług panu dobrodziejowi...
— Wpadnę dziś na gawędkę do pana...
— Do usług, do usług! bardzo prosimy!
Kłaniali się sobie, ściskali się za ręce.
Jadwidze nagła myśl do głowy strzeliła.
— To może lepiej państwo będą łaskawi przyjść do nas na godzinkę, na parę godzin. Pan Michał pomówi z moim krewnym o tem, co obu ich obchodzi, my także pogawędzimy...
Z widoczną uciechą propozycyę tę przyjęto, a Jadwiga, uszedłszy naprzód kilka kroków, pomyślała: „Co to się stało? Gości do siebie zaprosiłam? Jak to dziwnie, ale zarazem i miło!”
Istotnie, bardzo jest miło posiadać uprzejme i przyjacielskie stosunki z ludźmi, lecz stokroć milej spostrzegać, że ci, którzy nas w samotności i smutku naszym lekceważyli, obrażali, poniekąd nawet krzywdzili, są zdziwionymi i ciekawymi świadkami naszego szczęścia. Spostrzeżenie to uczyniła Jadwiga już w kościele, gdy wśród grania organów, śpiewu księży u ołtarza i uroczystej a gorącej atmosfery, którą wydają z siebie gęsto zbite, rozmodlone tłumy, uklękła obok matki, w jednej z ostatnich kościelnych ławek, i nim nad otwartą książką do nabożeństwa twarz pochyliła, szybkiem spojrzeniem rozejrzała się dokoła.
Mnóstwo tam było ludzi w siermięgach i surdutach, mężczyzn i kobiet, stojących tuż przy sobie, dotykających się wzajem ramionami; ale najbliżej, tuż prawie przy niej, stała szwaczka Paulina, w nowem, modnie skrojonem futerku, z twarzą od mrozu tak zaczerwienioną, że w oprawie złotych loczków była podobną do polnego maku w pszenicy. Z tłumem ją nieco rozdzielał i od zbytniego ścisku bronił wysmukły, świątecznie ubrany urzędnik pocztowy. Szepnęła też coś do niego, gdy tylko Szyszkową i córkę jej spostrzegła, a potem z rękoma wsuniętemi w mocno wyszarzany, ale zalotnemi kokardami upstrzony zarękawek, tak ciekawie i z takiem zdziwieniem na Jadwigę i na obu Ginejków patrzała, że aż rozwarły się drobne jej usta, a z twarzy można było wyraźnie czytać wewnętrzne wykrzykniki: — „A toż co się stało! Szyszkówna z jakimiś kawalerami do kościoła przyszła! W imię Ojca i Syna... Zawsze jak mniszka sama jedna chodzi, a teraz asystentów jakichś sobie wynalazła. I jakich jeszcze! Młodzi, przystojni, tacy jacyś pewni siebie i z wesołemi twarzami. Nie tutejsi przecież, bobym ich choć z widzenia znała. Zkądże ona ich wzięła? Kim są? Ciekawość! Ciekawość!”