I aż z nogi na nogę przestępowała, a towarzysza swego za rękaw od paltota targając, szeptać do niego zaczęła:

— W Imię Ojca i Syna... Szyszkówna z kawalerami chodzi! Asystentów sobie znalazła! Wilk w lesie zdechł, czy co? Nie wiesz, Bolciu, kto to taki?

A Jadwidze paliły się także oczy, ale od zadowolenia. — „Aha! — myślała, — nie ty jedna możesz wesoło bawić się i mieć zawsze obok siebie towarzyszy i przyjaciół! Ja też nie zawsze sama na świecie bywam, i mam niekiedy przy sobie kogoś, kto mi jest bliskim i bardzo przyjaznym. A chciałabyś wiedzieć, kim są ci ładni i dzielni chłopcy, którzy ze mną przyszli? Poczekaj, sama ci to powiem, gdy się tylko spotkamy. Czemuż nie? Wstydzić się nie mam czego. Powiem: „bliscy krewni moi, bracia, przyjaciele!”

Nagle, ogarnęło ją takie rozrzewnienie, że wszystkie inne uczucia stłumiło. Ksiądz u ołtarza wznosił ku górze ramiona i śpiewał „Gloria!” Twarz jej nisko opadła na dłonie grubemi rękawiczkami okryte, a choć i oczy, i usta miała zamknięte, całą ją napełnił tak namiętny poryw dziękczynienia, że był chyba także modlitwą.

Wtem wydało się jej, że Aleksandra niema już przy niej, że odszedł. Gdy klękała w ławce, stanął był razem z bratem tuż za nią, a teraz, zdało się jej, że go niema. Obejrzała się i oczy ich spotkały się z sobą. Nietylko stał ciągle tam, gdzie wprzódy, ale patrzał na nią zamyślonem i miękkiem spojrzeniem. Odtąd nie oglądała się już wcale; z twarzą na dłoni schyloną, długo klęczała nieruchoma i spokojna, cała oblana cichą błogością, która, niby cień drzewa na kwiat więdnący, z obecności jego na nią spływała.

Sama potem nie wiedziała jak jej przeleciała chwila powrotu z kościoła do domu. Pamiętała tylko, że mróz był tęgi, ale niedokuczliwy, śnieg pod nogami skrzypiał, słońce świeciło jasno na bladym błękicie nieba, i ślicznym, brylantowym szronem okrywało tu i ówdzie między domami stojące drzewa; że wspólnie z towarzyszem zachwycała się pięknością drzew okrytych szronem, a tłum na ulicach, który był wielkim, nietylko nie dokuczał jak zwykle, ale wspólnie z towarzyszem zauważyła, że, pstry i ruchliwy, w blasku słońca i na białem tle śniegu, roztaczał wcale ciekawy i ożywiony widok. Wtedy dopiero spostrzegła, że wchodzi w bramę domu, do jej mieszkania wiodącą, gdy zobaczyła Ruchlę, która w skurczonej postawie i zabłoconej sukni na wschodkach siedziała, a ujrzawszy ją, z brudnej chusty twarz wychyliła i zawołała:

— A! panienka dziś w wesołej kompanii chodzi! Nu, daj Boże zdrowie i szczęście!

— A tak, moja Ruchlo! Krewni nasi... — uprzejmie zaczęła Jadwiga.

Lecz mowę jej przerwał rozlegający się tuż obok srebrny i szczebiotliwy, a od zdyszania przerywany głosik:

— A ja tak leciałam, tak leciałam za panną Jadwigą, że aż zasapałam się i tchu nie mogłam złapać.. Dzień dobry! Świąt winszuję, wszystkiego dobrego życzę! Niech panna Jadwiga o naszej wczorajszej kłótni zapomni, bo to głupstwo było, i niech mi pani na zgodę rączkę poda...