— Jak panienka wyszła, to on do przedpokoju wpadł i krzyczy: „Ignaś!” A ja... chi, chi, chi! mówię: — „Słucham pana!” — „Czy ty tu był?” — A ja, w oczy jemu śmiało patrzę i.. chi, chi, chi!

— „Byłem!” — mówię...

— Ale teraz, Ignasiu, dalekobyś lepiej zrobił, gdybyś milczał! — z błyskającemi oczyma przerwała mu Jadwiga.

— Owszem, kochanku, mów! mów! — przysiadając się do chłopca, zawołał Aleksander.

Jadwiga porwała się z krzesła i błagalnie jęknęła:

— Olesiu!

Ale on do najwyższego stopnia już zaciekawiony, a więcej jeszcze zaniepokojony, nie ustępował. Na nią wpół filuterne, wpół niespokojne spojrzenia rzucał, a na chłopca nalegał:

— Opowiedzże Ignasiu... nie bój się, panienka choć i rozgniewa się, to i przebaczy. Ja sam ją...

— Olesiu! — zawołała znowu Jadwiga, ale inaczej już niż przedtem: gniewnie, rozkazująco. Przytem nogą o podłogę uderzyła. On zaś teraz już wcale nie patrzał na nią, tylko schmurzony nagle, na wahającego się, ale do mówienia wielką ochotę mającego chłopca nalegał:

— Mów! Ja koniecznie historyę tę wiedzieć muszę. Jak Boga kocham, muszę! mów!