Wtem i Szyszkowa, która wszystkiego ze zdziwieniem słuchała, krzyknęła:

— Złość, utrapienie, męka, zgryzota! Mówże Ignaś, kiedy ci każą!

Na ten głos, chłopiec, jakby się w nim jakaś sprężyna poruszyła, wyprostował się i mówić zaczął, a jednocześnie rozległ się po pokoju stuk gwałtownie odsuwanego krzesła, i Jadwiga, jak wicher, z twarzą w ogniu, a drżącemi brwiami i rękoma, przez pokój przeleciała, drzwi za sobą z takim gwałtem zatrzasnęła, że aż się przepierzenie zatrzęsło, i z całej siły, z brzękiem żelaza, zasuwkę drzwi zasunęła. Zamknęła się. Gdyby ktokolwiek za przepierzeniem znajdował się, byłaby go może wybiła, tak silnie pięści miała ściśnięte i takim gniewem rozżarzone oczy. Że jednak nikogo tam nie było, więc schwyciła leżący na komodzie kawałek starej jakiejś materyi i drżącemi palcami drzeć go zaczęła. Przytem, oddychała głośno i szeptała prędko:

— Co ja winna? i cóż ja temu winna? Jakże miałam inaczej zrobić? Boże, mój Boże! za co na mnie ten wstyd i to nieszczęście? Co ja temu winna? Co ja miałam robić?

Wtem szept jej urwał się i wypadł z palców niepodarty jeszcze kawałek materyi. Uczuła, że czyjeś ramię ją obejmuje i twarz jakaś z gorącym oddechem pochyla się nad jej twarzą. Wyrwała się, odskoczyła i, do ściany zwrócona, nogą tupnęła.

— Nie chcę, nie potrzebuję! Nie trzeba było pytać! Teraz idź sobie odemnie!

Ale on nie daremnie dwoma skokami sionkę i izdebkę przebył, tak go coś, po opowiadaniu Ignasia, ku niej pociągnęło. Znów objąć ją próbował.

— Jadziu! duszko! spójrz na mnie!

— Idź sobie! Nie chcę! Wstydzę się!

— Ależ niema czego! Jak Boga kocham, dzielna dziewczyna z ciebie i pysznie we wszystkiem zgadzamy się z sobą! No, nie odwracaj się już odemnie! Spójrz na mnie! Jadziu, duszko, siostrzyczko!